Lepiej być blizej męża

Czwartek, 22 grudnia 2005

Gość Niedzielny, 22 grudnia 2005 r. tekst: Barbara Gruszka-Zych

 

Jest zadowolona, że osobiście chodzi do sklepów. Tych małych, na Powiślu, gdzie mieszkają. Do hipermarketów zagląda rzadko, bo uważa, że kradną czas i że często kupuje się tam wiele rzeczy nie całkiem potrzebnych. Właśnie robienie sprawunków to okazja do kontaktów z wyborcami męża. Najpierw wielu gratulowało jej sukcesu. Teraz zdarza się, że dyskretnie ją pozdrawiają, wyrażając sympatię, proszą, żeby się trzymać. -Jest inaczej niż przedtem - przyznaje. - Byłam osobą anonimową, przynajmniej tak mi się wydawało, dziś już nie. Na rozmowę w tymczasowej siedzibie prezydenta elekta przy Foksal też umawiamy się za pośrednictwem biura. Znający dłużej Marię Kaczyńską podkreślają, że mimo bycia ministrową, prezesową, profesorową pozostaje sobą. - To mi wychodzi samo, nawet się nad tym nie zastanawiałam - mówi. Może dlatego, że ceni w ludziach serdeczność, komunikatywność, otwartość. - Wtedy też się otwieram - opowiada.


- Zdarza się, że ktoś jest niezbyt sympatyczny, wówczas staram się okazać mu życzliwość, żeby go przekonać, zmienić. Oczekuję takich cech u innych i - generalnie - nie zawodzę się. Nie dzieli też ludzi na tych z prowincji i Warszawy. - Przecież mieszkańcy stolicy pochodzą z całej Polski - mówi.

Gratulacje z Hiszpanii

Przez lata działalności politycznej męża nieustannie podtrzymują kontakty z przyjaciółmi: - Wśród naszych są Krystyny, Mirka, która kiedyś nas poznała, Krzyś, Teresa, Elżbiety, Hanki, Ewy, Anki, Janki, Jacki. Mieszkają i w Trójmieście, i w Warszawie. Kiedy państwo Kaczyńscy wyjeżdżają na weekend na Wybrzeże, zwykle jedzą wspólnie obiad lub kolację.


Ostatnio Pani Prezydentowa spotkała koleżankę po 30 latach. Justyna, która wyszła za Hiszpana i mieszka w kraju męża, przyjechała do Warszawy na finał Konkursu Chopinowskiego. Spotkały się w Filharmonii Narodowej, wieczorem, w dniu ciszy wyborczej. Rozmawiało im się, jakby widziały się przedwczoraj. Wymieniły adresy, i za kilka dni nadszedł list gratulacyjny od koleżanki, skierowany już do Pierwszej Damy. Teraz w ogóle zasypywana jest listami. Na wszystkie nie nadąża odpisać.


- Mając polityka za męża, nie sposób nie interesować się polityką. Bakcyla polityki po prostu się łapie - mówi. Przez lata robiła Lechowi codzienne prasówki. W warszawskim mieszkaniu chętnie przebywa w kuchni, tam jedzą, nie lubią bawić się w salony. Stworzyła sobie taki kuchnio-pokój: - Mogę tu i gotować, i czytać prasę, oglądać wiadomości, słuchać radia, odbierać telefony. - Każdy mąż, jak ma dobrą żonę, to lepiej funkcjonuje - odpowiada skromnie, kiedy podkreślam rolę małżonek polityków. Wśród ważnych postaci historycznych wymienia te, które miały silne osobowości -Józefa Piłsudskiego („bo to nasz polityk"), Charlesa de Gaullea i oczywiście Jana Pawła II („był ojcem wszystkich ludzi, mężem stanu ponad wszystkimi innymi").

Lubiła bajeczki

Jej mama, Lidia, urodziła się w Petersburgu. Potem z rodziną przeniosła się do Wilna. Brat, Konrad, lepiej zna ich drzewo genealogiczne. Odkrył, że słynni piszący bracia Mackiewiczowie byli jedną z gałęzi ich rodu, ale nie w linii prostej. Do Wilna pojechała z mamą w dzieciństwie, w odwiedziny do dziadków. Dziś nie ma tam już żadnych krewnych. Tylko Na Rossie leży siostrzyczka bliźniaczka brata Konrada i dziadkowie. Marysia przyszła na świat w Polsce: - Mieszkaliśmy w wielu różnych miejscowościach, i na północy, i na południu Polski. W dowodzie ma napisane, że urodziła się w Machowie.

 

Dzieciństwo przeżyła pod kloszem, bo urodziła się z wadą serca. (Teraz operuje się ją rutynowo, wtedy musiała długo czekać na zabieg). Męczyła się, nie mogła biegać, szybko chodzić. Po operacji urodziła się na nowo. Mieszkali już w Warszawie. We wczesnym dzieciństwie lubiła rymowane bajeczki, których uczyła się na pamięć: „Pchłę Szachrajkę", „Misia Czochrajka", „Pan kotek był chory", „Lokomotywę" i „Kubusia Puchatka" . - Jak byliśmy całkiem mali, mama czytała nam opowieść o królowej Jadwidze. Roniliśmy łzy nad jej losem, to była smutna książka - mówi. Jako nastolatka nie rozstawała się z „Anią z Zielonego Wzgórza".

Dwa rejsy

Poszła na transport morski, bo bardzo podobał się jej Sopot, a tam była uczelnia. Poza tym ten kierunek miał handel zagraniczny, czyli tak wtedy potrzebne okno na świat. W praktyce okazało się, że w podróże wyjeżdżali głównie mężczyźni, i to ustosunkowani. Zaczęła pracować w Instytucie Morskim - placówce naukowo-badawczej resortu Ministerstwa Żeglugi, obsługującej naukowo Polskie Linie Oceaniczne. Zajmowała się programowaniem gospodarki morskiej, konkretnie badaniem rynków frachtowych na Dalekim Wschodzie. - Niedawno w ambasadzie japońskiej spotkałam panią ze Sri Lanki, powiedziałam jej, że kiedyś poznawałam rynki Sri Lanki, wtedy Cejlonu, żeby szukać warunków współpracy w ramach gospodarki morskiej z tym krajem - śmieje się. Ostatecznie popłynęła na dwa rejsy naukowo-badawcze do Anglii (Ipswich) i do Francji, do Rouen. Załadunek, wyładunek, obsługa ładunków. Na siłę nie rwała się do podróży.

 

Zawsze uważała Polskę za punkt odniesienia, za dom. - Nie ma miejsca bliższego, to ono nas wychowało, tu mamy swoje korzenie. Wszędzie jest pięknie i dobrze, ale natupać sobie możemy tutaj, na własnym podwórku, u siebie mówi. - Bardzo lubię poznawać świat, ludzi. Dzieci moich koleżanek jeżdżą w dalekie podróże na Syberię, do Chin, Peru. Ale ani ja, ani tym bardziej mąż nie mamy zbyt dużo czasu. A przecież zawsze lepiej być bliżej męża...

Jest taki fajny chłopak

Mirka, jej przyjaciółka z Instytutu Morskiego, pracowała też na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. - Kiedyś przyszła do mnie i powiedziała: „Jest tu taki Leszek, fajny chłopak, czy nie można by go gdzieś zakotwiczyć?" - opowiada Pani Prezydentowa. - No to żeśmy go zakotwiczyły. A potem sami żeśmy się zakotwiczyli. Narzeczeństwo Lecha i Marii trwało dwa lata. - Mąż jest serdeczny, ciepły, życzliwy, bardzo dobry. Kiedy widzi krzywdę, nie przejdzie obok. Czasem proszący wykorzystują to. Żona pyta wtedy, czy nie przesadza, a on odpowiada, że może go naciągają, ale zawsze wśród nich znajdzie się ktoś, kto naprawdę potrzebuje wsparcia. Tak samo czuły jest na potrzeby zwierząt. Drugiego psa, Lulę, przywiózł do Sopotu miesiąc przed propozycją zostania ministrem sprawiedliwości. Jeździł wtedy do stolicy na wykłady na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. - W drodze powrotnej, kiedy zatrzymał się w nocy na stacji w Mławie, zobaczył psicę wylizującą kałuże - żona pamięta wszystkie fakty. - Najpierw kupił jej coś do jedzenia, potem, kiedy przytuliła się do niego i dowiedział się, że błąka się od kilku dni, przywiózł ją do nas. Mieliśmy już dwa koty i psa. Był Wielki Piątek, miałam w domu chorą mamę i mnóstwo kłopotów. Ale Lula znalazła się ładnie. Najpierw szukali dla niej jakiegoś domu, ale po świętach wielkanocnych stwierdzili, że zostanie u nich.


Dwa lata temu, jeszcze jako prezydentowa Warszawy, na premierze music-hallu „Koty" w teatrze Roma zobaczyła fascynującego kota. - Kwestował na inne koty ze schroniska „Paluch" - wspomina. - Siedział na szklanej skrzynce, do której wrzucało się pieniądze. Piękny, czarny, bardzo elegancki, w czerwonej muszce i czerwonych szelkach, jak z bajki. Nie wiedziałam, że jest do adopcji, myślałam, że to artysta. A tu dziennikarze zaczęli podpytywać, czy bym go nie wzięła. Mąż powiedział: „Rzeczywiście, nie mamy w Warszawie żadnego zwierzaka". I tak Rudolf zamieszkał z nami. Nosi takie imię, bo jest piękny. Teraz mają dwa koty i dwa psy. W Warszawie psa Tytusa i kota Rudolfa. Tytus to pies szorstki, a w Sopocie mamy wnuczkę dwuipółletnią Ewunię, z którą się kłócił o zabawki, szczególnie o piłeczki. Mała ma gesty jeszcze bardzo niesforne, więc się boję, żeby jej nie capnął, dlatego jest z nami - opowiada.

Opowieść mamy

Do córki Marty (prawniczka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, ostatnio pomyślnie zdała na aplikację adwokacką) miała podejście serdeczne i koleżeńskie. Ale wpajała jej zasady, żeby ładnie umiała jeść, odpowiednio się zachowywać, uczyła kindersztuby. Jeszcze kiedy była małą dziewczynką, nauczyła ją odmawiać pacierz, chodziły razem do kościoła. Kiedy Marta miała półtora roczku, Lech został internowany. - Pamiętała ojca, więc po paru miesiącach, kiedy razem ze mną pojechała na widzenie do obozu internowania, rozpoznała go - mówi. Przez cały rok mieszkały wtedy z rodzicami i ponad 90-letnią babcią przyjaciół. Ich dzieci wyjechały przed stanem wojennym do rodziny we Francji. - To był żywy, rodzinny dom. W nocy słuchaliśmy „Głosu Ameryki".


Marta starała się nie martwić rodziców, była odpowiedzialna, ale zawsze miała swoje zdanie. Przez kilka lat chodziła do szkoły baletowej, gdzie była szalona dyscyplina. - Potem przeszła okres a la punkowy. Nosiła glany, agrafki... Byliśmy liberalni, ponieważ nas nie zawodziła, a tu nagle zaskoczenie... Sąsiadka mi powiedziała, że widziała ją z papierosem na balkonie. Miała wtedy 13 lat... Byłam przekonana, że to niemożliwe, okazało się, że jednak możliwe. Potem dowiedziałam się, że nauczyła się palić na koloniach od przyjaciółki chorej na astmę, o której zdrowie mama drżała. Były też targi o wcześniejsze powroty z dyskotek, jako rodzice byliśmy trochę rygorystyczni.


Dziś Marta z mężem mieszkają z rodzicami w ich mieszkaniu w Sopocie. Często się spotykają, świętują rocznice, urodziny. Córka karmiła piersią małą Ewę aż dwa lata.

Nie spieszymy się do pałacu

Z dzieciństwa Maria Kaczyńska pamięta Boże Narodzenie z rodziną ojca, Czesława, dużo bliskich, ciepłą atmosferę, kolędowanie. Dziś razem z Martą na wigilię tradycyjnie przygotowują kutię, na Wielkanoc mazurka. Zanim urodziła córkę, mało gotowała. Dopiero od koleżanek nauczyła się przyrządzania wielu potraw. A jej wnuczka, Ewa, już teraz lubi, jak jej się wkłada fartuszek i może coś kleić z ciasta. W czasie wieczoru wyborczego dzielnie towarzyszyła dziadkowi. Na pamiątkowych zdjęciach stoi w szkockiej spódniczce koło jego mównicy.


Najważniejsza jest rodzina, miłość, zaufanie, zdrowie, reszta tak bardzo się nie liczy - mówi Pierwsza Dama, myśląc o świątecznych życzeniach. Trochę stresują ją tegoroczne święta. 23 grudnia odbędzie się zaprzysiężenie męża na prezydenta RP. Zwykle spędzali Wigilię w Sopocie, ale w tym roku umarł teść i pozostaną w Warszawie. -Jeszcze nie wiem, u kogo się spotkamy, u mamy czy u cioci? - zastanawia się. - O przeprowadzce do Pałacu Namiestnikowskiego jeszcze nie myślę. Będzie na to czas po Nowym Roku. Lubię nasze mieszkanie i sąsiadów. Na pewno będzie mi żal je opuszczać.

wstecz
Serwis prezydent.pl używa plików cookies. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie.