Środa, 28 grudnia 2016

Wywiad Prezydenta dla "Gazety Polskiej"

Panie Prezydencie, o co tak naprawdę chodzi w sporze, którego jesteśmy świadkami i uczestnikami? Mamy do czynienia z realnym kryzysem w państwie czy przeciwnie – z próbą jego wywołania?

W gruncie rzeczy opozycji najwyraźniej chodzi o wzniecanie niepokojów społecznych. Ludzie nie lubią stanu niepokoju, więc jeśli wywoła się takie wrażenie, to automatycznie następuje zniechęcenie do ludzi sprawujących władzę. Ludzie zniechęcają się do władzy w dwóch wypadkach. Albo władza musi rządzić źle – w sposób antyspołeczny, antyobywatelski, taki, że większość osób czuje się pokrzywdzona, zapomniana, lekceważona, albo… wszystko jest w porządku i wówczas opozycja na siłę przekonuje, że jest bałagan, niepokój, niebezpieczeństwo.

 

Teraz mamy ten drugi przypadek?

Zostało wprowadzonych dużo prospołecznych zmian. Takich, które odczuł przeciętny obywatel. Przeciętny, czyli taki, który zarabia średnią krajową albo nawet niżej. Ci Polacy otrzymali wsparcie ze strony państwa dzięki realizacji obietnic wyborczych – przeze mnie i przez większość parlamentarną. Więc argumentu o władzy, która „zapominała o obywatelach”, użyć nie można.

 

Plan „dobrej zmiany” jest realizowany?

Tak. I ludzie to czują. Najbardziej wymiernym przykładem jest słynny już program „Rodzina 500 plus”. Niedawno pojawiły się dane, że to zmniejszyło biedę wśród dzieci o ponad 90 proc. Więc to pokazuje skalę potrzeby, jaka była w Polsce, aby taki program uruchomić. On trafił w sedno.

 
Jednak niepokoje się pojawiają.

Otóż to. Bo jeśli potrzeby są realizowane, jeśli jest podwyższana płaca minimalna, jeśli rzeczywiście jest obniżany wiek emerytalny, kiedy ludzie widzą, że w sposób namacalny władza działa na ich korzyść, odpowiada na ich oczekiwania i potrzeby – wtedy pozostaje tylko druga możliwość. Jeśli nie ma argumentu, że władza działa przeciw obywatelom, to trzeba niepokoje wzniecać. Stąd cały krzyk o „zagrożeniu demokracji” – jak przywołany przykład o rzekomym zagrożeniu wolności mediów.

 

Tylko że decyzja marszałka Sejmu istotnie ograniczała uprawnienia dziennikarzy w parlamencie.

Ale panowie wiecie też, że żadnego aktu prawnego marszałka w tej sprawie nie było. Marszałek podjął temat, to prawda. To były jednak pewne założenia. Z tych propozycji zrobiono takie „halo”, jakby to było wydane zarządzenie, które zaczyna obowiązywać. Podczas gdy de facto było to na etapie konsultacji. Być może popełniono błąd? Ja nie mogę tego wykluczyć. Nie mówię, że to kwestia jednostronna. Mówię, że być może po tej stronie, z której padła propozycja, popełniono błędy komunikacyjne. Ale to również zostało zręcznie wykorzystane. Dano tym samym pretekst do awantury? Proszę zauważyć, w jakim obszarze powstał konflikt. Akurat w takim wrażliwym punkcie jak dostęp mediów do prac parlamentarnych. Czyli dostęp obywateli do informacji.

 
Idealny przekaz „na zewnątrz”

Dokładnie. Chodziło o wywołanie wrażenia, że „nie wpuszcza się mediów do parlamentu, więc ograniczana jest wolność słowa”. A to jest fenomenalny komunikat, by puszczać go w świat i mówić: „Proszę zobaczyć, jaki w Polsce jest straszny reżim, który chce zniszczyć demokrację”. A ponieważ nie jest to pierwsza sytuacja, gdy stosuje się tę retorykę, łatwo zauważyć, że to element walki politycznej.

 

Spotkał się Pan z liderami partyjnymi jako mediator. To pierwsza tego typu inicjatywa prezydenta.

Spotkałem się ze wszystkimi liderami ugrupowań parlamentarnych. Chciałem wysłuchać ich głosów i opinii na temat sytuacji w Sejmie, usłyszeć argumenty i kontrargumenty oraz wzajemne zarzuty i oczekiwania. Okazało się, że przedstawiciele opozycji, a głównie panowie Petru i Schetyna, twierdzą, że ich zdaniem głosowanie nad budżetem i ustawą dezubekizacyjną było wadliwe prawnie. Co więcej, Grzegorz Schetyna żądał ustąpienia marszałka Kuchcińskiego.

 
Lider PO żądał od prezydenta odwołania marszałka Sejmu?

Nie przesadzajmy, tak tego nie odebrałem. W końcu pan Schetyna sam był marszałkiem Sejmu, więc chyba procedurę zna. Ja to odebrałem raczej jako przedstawienie żądania „w ogóle”. Wiedząc, że słucham wszystkich, pan Schetyna przedstawiał kolejne oczekiwania. I oczekiwał ustąpienia marszałka. Cóż, panowie z PO – proszę złożyć wniosek, macie przecież taką możliwość.

 

Czy jednak nie spodziewa się Pan ataku ze strony opozycji, jeżeli podpisze Pan budżet w takiej formie – procedowany w Sali Kolumnowej Sejmu? Że weźmie Pan na siebie odpowiedzialność za dokument, który opozycja będzie uważała za nieważny?

Ja również dokonuję ocen prawnych. Sam jestem prawnikiem, mam dostęp do specjalistów z Biura Prawa i Ustroju w Kancelarii Prezydenta. Będziemy te procedury w szczegółach badali. Wystąpiłem także do marszałka z pytaniami na piśmie: – Czy było kworum, czy posłowie byli dopuszczeni do sali posiedzeń – w tym wypadku do Sali Kolumnowej. Obrady Sejmu mogły być prowadzone właśnie tam? Nie ma wątpliwości, że marszałek w sytuacji uniemożliwienia obrad na sali plenarnej, mógł obrady przenieść. Były takie przypadki. W moim przekonaniu nie ma tu naruszenia Konstytucji. Gdy dostanę pełną dokumentację, ustawy i odpowiedź od marszałka, będziemy mogli to przeanalizować. I wówczas podejmę decyzję co do podpisania uchwalonych tam ustaw.

 

 
Nikt nie mówił, że naprawa będzie łatwa.

Podobny scenariusz „planowanego chaosu” rysuje się w przypadku ustawy dezubekizacyjnej. Byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa mogą w sądach powszechnych skarżyć polskie państwo i żądać odszkodowania. Dostaliby zapewne bardzo silne wsparcie ze strony opozycji.To jest gdybanie. „Gdyby oni, gdyby sądy”. Ja mam nadzieję, że nawet w przypadku, gdyby kierowali się ze sprawami do sądów, to sądy będą podchodziły do tego odpowiedzialnie i patrząc przez pryzmat litery prawa. Zresztą w każdej sprawie sądy mogą mówić inaczej. Ale to jest pewien absurd.

 

Oraz bardzo ciekawy scenariusz dla zbudowania ciężkiego kryzysu.

Nie mogę tego wykluczyć. Ale takiego wpływu na sądy, by decydować, jak one orzekają, to ja jako prezydent, rzecz jasna, nie mam.

 

Chodzi bardziej o to, że trzeba przygotować się na swoisty rodzaj bojkotu władzy ze strony sądów. Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” deklaruje wprost, że będą oni ignorować wyroki Trybunału. Widać więc, że po nieudanej próbie zorganizowania opozycji wokół Trybunału, ciężar przenosi się na sądy. I Pan Prezydent też będzie miał poważny problem.

Nikt nie mówił, że naprawa państwa będzie łatwa.

 

Spójrzmy na to szerzej. Czy zgadza się Pan, że obecny spór to kolejna odsłona brutalnej walki z tymi, którzy mają radykalnie inną wizję państwa i inne spojrzenie na dorobek III RP?

Te cykle wyraźnie widać. To jest fakt, że dziś następuje starcie dwóch wizji państwa. Jednej – Polski jako państwa elitarnego…

 
…tego, o którym mówi się „postokrągłostołowe”.

Ja nie wiem, czy to aktualne określenie. Szczególnie, jeśli podejdzie się do stojącego w pałacu prezydenta Okrągłego Stołu i zobaczy, ilu jego uczestników już odeszło. Ale to są pewne echa działań, które wtedy nastąpiły. Doszło bowiem w pewnym momencie do rozdzielenia – powstały jakieś „elity”. Problem polega na tym, że one powstawały w dużym stopniu poprzez zmieszanie części elit solidarnościowych z częścią elit postkomunistycznych.

 
Które porozumiały się ponad głowami Polaków

Stwierdziły, że będą teraz razem „korzystały z fruktów”. I największy problem polega na tym, że w tym korzystaniu zapędzili się tak daleko, iż zapomnieli o zwykłych ludziach.I dzielili wyłącznie pomiędzy siebie, a zwykli ludzie coraz bardziej tracili, byli marginalizowani. Wydaje mi się, że w taką pułapkę wpadły rządy w czasie ostatnich ośmiu lat. Pamiętajmy, od czego zaczynał Donald Tusk, a na czym skończył. Owszem, mieliśmy wzrost gospodarczy, ale też rosło poczucie, że Polska coraz bardziej się dzieli – na beneficjentów transformacji i na tych, którzy z niej nie skorzystali, a nawet na niej stracili.

 

Można odnieść wrażenie, że doszło dziś do sytuacji, w której opozycja chce pokazać Polskę jako miejsce, gdzie dochodzi do burd, w którym nie wiadomo, kto rządzi, gdzie nie ma stabilnej demokracji. Pachnie to momentami inspiracją z zewnątrz.

To nie jest problem dnia dzisiejszego. Zmagamy się z nim od stuleci. To jest problem, który sprawił, że doszło do zaborów. Wówczas wpływy sąsiednich mocarstw były bardzo silne. One wynikały z uwikłań rodzinnych, magnackich, biznesowych czy wprost łapówkarskich lub innych, o których wiemy, że również mogą występować.

 
Agenturalnych?

Byłoby naiwnością sądzić, że tych wpływów nie ma. Na pewno są. Chodzi o to, żeby budować tak silne państwo, aby te wpływy niwelować.

 

Otóż to. Jesteśmy kilka tygodni przed przybyciem do Polski wojsk sojuszniczych. Część ekspertów wskazuje, że w tym newralgicznym okresie, zbiegającym się dodatkowo ze zmianą w Białym Domu, może dojść do nieprzewidzianych incydentów uderzających w nasze państwo.

Rozsądek i ostrożność zachować trzeba zawsze i zawsze trzeba się pilnować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ogólne środowisko międzynarodowe wokół nas jest niespokojne.

 
Docierają do Pana jakieś niepokojące sygnały?

Ja nie mam w tej chwili – powiem to otwarcie – żadnych sygnałów, aby istniało realne, konkretne niebezpieczeństwo, którego należy się spodziewać. Są pewne ogólne, hipotetyczne zagrożenia wynikające z analiz. Ale one mają taki właśnie hipotetyczny charakter.

 
Co Pan ma na myśli?

Wiadomo, że jest niespokojna sytuacja na Ukrainie. Wiadomo, że zastrzelony został ambasador Rosji w Turcji. To są wydarzenia, które oczywiście muszą powodować zaniepokojenie. Wiadomo także, że wojska rosyjskie przegrupowują się i prowadzą intensywne ćwiczenia, że były incydenty m.in. nad Bałtykiem – mówię o agresywnym zachowaniu rosyjskiego lotnictwa. Trzeba być czujnym. Ale wskazane, realne zagrożenie? Ja o takim nie słyszałem.

 
W tym kontekście nie sposób nie spytać o armię. Czy jest konflikt między Panem – zwierzchnikiem Sił Zbrojnych – a ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem?

Konflikt jest określeniem ogólnym. Więc spokojnie mogę powiedzieć, że go nie ma. Współpracujemy ze sobą na zasadach określonych w Konstytucji. Ja jestem zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, a pan Macierewicz ministrem obrony narodowej. W czasie pokoju zwierzchnik Sił Zbrojnych wykonuje swoje zwierzchnictwo za pomocą ministra obrony narodowej i tak staramy się to realizować.

 
Staramy się...?

Realizujemy to. Ale zdarza się oczywiście, że są między nami różnice zdań, na przykład jeśli chodzi o obsady personalne. Mamy różnych kandydatów na to samo stanowisko i musimy pewne kwestie uzgodnić. Ale to chyba nic nadzwyczajnego? Tak jest, kiedy w rękach dwóch ludzi spoczywa decyzja w danej sprawie.

 
 
Czyli jest dwuwładza w armii?

Żeby prezydent mógł powołać kogoś na stanowisko w segmencie sił zbrojnych, to zawsze następuje to na wniosek ministra obrony narodowej. Więc tych współdecydujących jest dwóch. Trzeba ucierać te współoczekiwania. Wydaje mi się, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, szczególnie jeśli spojrzymy, jak to się odbywało wcześniej. Taka relacja jest między kolejnymi prezydentami a kolejnymi szefami MON.

 

15 grudnia generał Mirosław Różański, jeszcze jako Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, uczestniczył w spotkaniu opłatkowym z Panem Prezydentem. Godzinę później złożył rezygnację. Zrezygnowali także inni generałowie. Co Pan usłyszał od Różańskiego na tym spotkaniu?

To było spotkanie w cztery oczy. I ja nie czuję się upoważniony do tego, by to, co mówił pan generał, przekazać na zewnątrz. Ale nie był zadowolony. Mogę powiedzieć tyle, że dymisja była decyzją pana generała. Nie został on zdymisjonowany, tylko złożył dymisję.

 
Mianował Pan Julię Przyłębską na prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Czy to jest koniec tego sporu? Czy może jest jakiś scenariusz, w którym uda się zdestabilizować działalność Trybunału?

Mam nadzieję, że nie ma. Jako prezydentowi, który odpowiedzialnie traktuje pełniony urząd, niezwykle zależy mi na tym, by realizować zadania wprost wpisane w Konstytucji, mówiące, że prezydent jest gwarantem ciągłości władzy państwowej. To znaczy, że te instytucje, na które prezydent ma wpływ, powinny funkcjonować dobrze i w pełnym składzie.

 
Nie da się nie dostrzec, że Trybunał dotąd tak nie funkcjonował.

Dlatego przez rok domagałem się od byłego prezesa Trybunału, by dopuścił do orzekania bezprawnie odsuniętych od orzekania sędziów. Tych sędziów, od których prezydent odebrał ślubowanie, a którzy zostali wcześniej wybrani przez parlament.

 
Były prezes Rzepliński dał się porwać walce politycznej?

Sprawa jest jasna. Ten, kto został wybrany przez Sejm i od kogo prezydent odebrał ślubowanie, jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Odsuwanie przez byłego prezesa zaprzysiężonych sędziów od orzekania uniemożliwiało przeprowadzenie zgromadzenia ogólnego Trybunału. Prezes Rzepliński próbował je przeprowadzić bodaj dwukrotnie i okazało się to niemożliwe. Nie był więc w stanie nawet wybrać kandydatów na nowego prezesa. To pokazuje, jak zaciekłość polityczna może prowadzić do destabilizacji instytucji, jaką był Trybunał.

 
Cieszy się Pan, że ten problem już Panu „odpadł”?

Ja się ogromnie cieszę, że doszło do planowej zmiany. Kadencja poprzedniego prezesa się skończyła. Jest w tej chwili nowa osoba na tym stanowisku. Mam nadzieję, że wszystkie sprawy Trybunał będzie orzekać w pełnym składzie, jak to być powinno.

 

Nie ma Pan wrażenia, że za trzy i pół roku może spotkać się Pan z profesorem Rzeplińskim w kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi? Że będzie on kandydatem opozycji?

Cóż, mogą być różni kandydaci. Może być pan Korwin Mikke, pan Petru, pan Kijowski… Może też pan Rzepliński czy pan Tusk. Ja dziś wykonuję swoje zadania jako prezydent RP i to jest dla mnie najważniejsze, podobnie jak zobowiązania wobec wyborców oraz godność i interesy Rzeczypospolitej i Polaków. My – bo nie szedłem do wyborów sam, tylko stał za mną komitet Prawa i Sprawiedliwości z obecną panią premier na czele – postawiliśmy sobie jeden cel: podnieść poziom życia Polaków i uczynić to życie bardziej godnym na poziomie podstawowym. I to jest najważniejsze.

 

Panie Prezydencie, dyrektor TV Biełsat, Agnieszka Romaszewska-Guzy, poinformowała, że polskie władze zamierzają o dwie trzecie zmniejszyć dotację na tę stację, co jej zdaniem oznacza jej likwidację. Białoruscy intelektualiści i politycy opozycji napisali w liście do Pana: „Zamknięcie Biełsatu to tragedia, która demoralizuje. Ta decyzja to cios w tych patriotów Białorusi, którzy budzą świadomość narodową i obywatelską wśród swoich rodaków”. Co Pan na to? Czy tego typu ruch – podobno ukłon w stronę Aleksandra Łukaszenki – to dobra decyzja? Co za nią stoi?

To decyzja ministra spraw zagranicznych, który prowadzi swoją autonomiczną politykę. Nie chciałbym wkraczać w jego kompetencje. Zależy mi na tym, aby misja, realizowana dotąd przez Biełsat, była kontynuowana. Minister spraw zagranicznych przekonuje mnie, że tak właśnie się stanie poprzez większe zaktywizowanie w tym względzie TVP Polonia. Mam też nadzieję, że szef polskiej dyplomacji rozwieje obawy środowisk związanych z Biełsatem.

 

 

Jeśli już jesteśmy na Wschodzie. Nasze relacje z Ukrainą. Czym jest Warszawa dla Kijowa? Adwokatem i sojusznikiem czy to taka „drabina do Berlina”? Czy można w ogóle mówić o symetrii w tym partnerstwie?

Od lat staramy się politycznie inwestować w Ukrainę. Uważamy, że wolna i niepodległa Ukraina jest z korzyścią dla Polski. Dlatego m.in. podpisaliśmy niedawno ważną umowę o współpracy wojskowej. Rzecz jasna, chcielibyśmy otrzymać ze strony ukraińskiej wzajemność choćby w tej warstwie symbolicznej, w polityce historycznej.

 

Jak się dowiadujemy, ostatnia dwugodzinna rozmowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego z Petro Poroszenko nie należała do najbardziej dyplomatycznych. Wiemy, że i Pan Prezydent stawiał tę sprawę dość ostro – ukraiński prezydent dowiedział się, że jeśli chce poprawnych relacji z Polską, to musi zmienić nastawienie.

Przeprowadziłem z prezydentem Poroszenką szczerą rozmowę na temat polityki historycznej. Oczywiście są kwestie, w których pojawiają się poważne różnice zdań. Czy Kijów w ogóle zdaje sobie sprawę, że jest problem?

 

Czy ukraińscy partnerzy traktują nas poważnie?

Ja za każdym razem to akcentuję. Ale czy pan prezydent Poroszenko zdaje sobie sprawę, jak bardzo głęboki jest to problem, trudno mi stwierdzić.

 
Czy jest więc płaszczyzna porozumienia?

Każdy naród, który chce budować silne państwo, potrzebuje bohaterów. Jednak postaci tych bohaterów nie mogą antagonizować dwóch sąsiednich narodów.

 
Da się ten problem rozwiązać?

Staram się w wyraźny sposób pokazywać, że są tacy bohaterowie Ukrainy, których my czcimy z wielkim szacunkiem. Kto to taki? Choćby „Niebiańska Sotnia” – bohaterowie Majdanu. Ci, którzy giną w walkach z wojskami rosyjskimi w Donbasie. Ci nowi bohaterowie, ci najbardziej namacalni. Ci, których Ukraińcy często znali osobiście. I my powinniśmy pamięć i martyrologię tych żołnierzy podkreślać. Bo oni ginęli, budując wolną, niepodległą Ukrainę. Tym bardziej że oni rzeczywiście zasługują na szacunek.

 

Nie ma Pan wrażenia, że pogarszanie się w warstwie symbolicznej relacji z Ukrainą to bardzo duży sukces Rosji? Rosja inwestuje w środowiska ultranacjonalistyczne na Ukrainie i środowiska antyukraińskie w Polsce. To jest tak widoczne, że można wręcz palcem pokazać.

Rosyjska technika i taktyka dezinformacji należą do najlepszych na świecie. Rosyjskie służby są na niezwykle wysokim poziomie. Można podejrzewać, że to podgrzewanie wzajemnych niechęci między Polakami a Ukraińcami poprzez „dźganie” pewnych środowisk po obu stronach jest działaniem celowym. Natomiast zadaniem nas, polityków, jest to przełamywać.

 

Panie Prezydencie, wybierzmy się za ocean i przypomnijmy noc, która przesądziła o nowym rozdaniu w Stanach Zjednoczonych. Co Pan pomyślał, kiedy okazało się, że Donald Trump, wbrew sondażom, jednak wygrał wybory?

Pomyślałem: „Proszę, proszę, to tak jak ze mną. Już byli w ogródku, już witali się z gąską” (śmiech).

 

Analizy mówią, że głosy Polonii miały pewne znaczenie w sukcesie Trumpa.

Głosy Polonii na pewno miały znaczenie. Podkreślał to w rozmowie telefonicznej ze mną sam Donald Trump. Pamiętajmy także, że z dwójki poważnych kandydatów do prezydentury to właśnie on poświęcił swój czas na spotkanie z Polakami. Zrobił to w końcowej fazie kampanii, kiedy środowisk, z którymi trzeba się spotkać, jest bardzo dużo. I powiedział mi w tej rozmowie, że miał bardzo wiele kontaktów z Polakami i że zna polskie problemy – sądzę, że nawiązywał do kwestii historycznych – i była to bardzo dobra rozmowa.

 

Czy Pana zdaniem ten sukces Trumpa to element szerszego procesu? Najpierw na Węgrzech – Viktor Orban, którego sukcesy były dla Europy przełomem psychologicznym, potem Pana zwycięstwo i PiS, którego wygrana jest przedłużeniem tego sukcesu, potem Brexit, i ten zwrot w Stanach. Coś się zmieniło w ludziach. Wybierają inaczej, niż chciałyby elity.

To jest ten problem, o którym rozmawialiśmy – elity w pewnym momencie zagrzebują się we własnym sosie i zapominają o świecie, który je otacza. Więcej – zaczynają wysysać z tego świata korzyści dla siebie, by budować swój potencjał, kapitał, dobrobyt. Dzieje się to kosztem reszty społeczeństwa i faktycznie przychodzi ten moment pęknięcia. Ludzie mówią „nie”. Idą do urn i usuwają elitę rządzącą.

 

Jednak czy nie obawia się Pan, że nad częścią tych konserwatyzmów w Europie Zachodniej i USA ciąży cień Kremla, i to bardzo długi? Że ta wizja Moskwy, którą mamy, nie jest podzielana? Świadczy o tym fakt, że Unia nie zdecydowała się przedłużyć sankcji wobec Rosji o rok, jak chciała Polska, lecz o pół roku, co może oznaczać, że zostaną zniesione.

Oczywiście, że wolelibyśmy, aby stosunek do Rosji europejskich konserwatystów był bardziej wstrzemięźliwy. Ale proszę pamiętać, że w ogóle stosunek do Rosji na Zachodzie jest zupełnie inny niż w Polsce. Jeśli ktoś nigdy nie widział w akcji żołnierza Armii Czerwonej, jeśli nie ma w pamięci życia pod rosyjskim butem przez 123 lata zaborów, potem przez 50 lat komunizmu, to tego łatwo nie zrozumie.

 

Czy to nasze podejście do Rosji nie grozi tym, że w konsekwencji zostaniemy jako Polska „antyrosyjską wyspą” w oceanie państw raczej sprzyjających Moskwie? Z naszą wizją, która będzie nas izolować, a w konsekwencji nas pogrąży?

Ja bym nie przesadzał. To także kwestia umiejętnej polityki. Pamiętajmy, że są jeszcze Stany Zjednoczone, Skandynawia, wiele innych elementów. A tak na marginesie – jeśli Rosja przestanie łamać prawo międzynarodowe, to ja nie widzę, dlaczego nie mielibyśmy współpracować z Rosją.

 
Polsko-rosyjski reset?

W tej współpracy trzeba dbać o nasze interesy i bezpieczeństwo: energetyczne, handlowe. To kwestia wyłącznie pilnowania naszych racji. Ale Rosja musi wrócić do grupy państw przestrzegających prawa. Bo jego łamania tolerować nie sposób.

 

A Niemcy? Można odnieść wrażenie, że Berlin chce zmienić przynajmniej narrację w stosunkach z Polską. Ale i Polska wysyła sygnały, że Angela Merkel jest dla nas najlepszym rozwiązaniem. Czy istnieje jakaś możliwość odwilży w stosunkach polsko-niemieckich?

Powinniśmy realizować swoje interesy, zachowując jak najlepsze relacje z naszym sąsiadem. Niemcy są krajem ludniejszym, większym i zamożniejszym niż Polska. Więc oczywiście potężniejszym. Ale i my jesteśmy krajem największym w tej części Europy. Jako prezydent RP układam swoje relacje z przedstawicielami niemieckich władz – myślę przede wszystkim o prezydencie Joachimie Gaucku, ale i o pani Kanclerz Angeli Merkel i ministrze Franku-Walterze Steinmeierze w sposób jak najbardziej wyważony, ale zawsze pamiętając o polskich racjach. Mówiąc o naszych oczekiwaniach.

 
Ma Pan wrażenie, że jest słuchany w Berlinie?

Prowadzimy normalne, partnerskie rozmowy.

 

Co się dzieje w kwestii naszego niestałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ? I Pan, i minister Waszczykowski mówiliście o tym przez długie tygodnie, a teraz nic na ten temat nie słychać.

Nie wszystkie rozmowy toczą się w świetle reflektorów. Polska zabiega o głosy kolejnych państw, mimo iż nasz kontrkandydat – Bułgaria – wycofał się z wyścigu.

 

A co w zasadzie daje nam to „niestałe członkostwo”? Złośliwi mówią, że to funkcja podobna do „prezydencji w UE”, którą chwaliła się Platforma za swoich czasów, a która de facto nie znaczyła zbyt wiele.

Bo z tego wynikają rzeczy, które trudno dostrzec…

 

Bardzo trudno. Szczególnie na Ukrainie, która właśnie teraz jest niestałym członkiem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, bombardowanym przez Rosję, stałego członka tejże Rady.

To ważne, prestiżowe forum. Polska będzie mu przewodzić przez miesiąc, będzie mogła kształtować agendę. Wtedy pewne rzeczy załatwia się po prostu z innej pozycji.

 

Panie Prezydencie, na koniec dwa luźniejsze pytania. Jedno od zaniepokojonych kibiców Cracovii, którzy widząc Pana świętującego w szatni Legii Warszawa sukces tego klubu, pytają, czy wciąż jest Pan zdeklarowanym kibicem krakowskich „Pasów”.

(śmiech) Zawsze mówiłem, że kibicuję klubom krakowskim. Kiedy byłem młody, wspierałem Cracovię, często chodziłem na jej mecze, potem przestałem. Moje podejście jest takie: zawsze kibicuję reprezentacji Polski. Następnie: kiedy gra klub polski z zagranicznym, zawsze kibicuję oczywiście klubowi z Polski, niezależnie od tego, z jakiego miasta pochodzi. Gdy gra w lidze klub krajowy z krakowskim – wówczas kibicuję klubowi z Krakowa.

 
A gdy są derby Krakowa?

Wtedy nie idę na mecz (śmiech). A na serio – wtedy jednak serce jest bliżej Cracovii.

 
Przed nami Nowy Rok. Czego Pan by życzył sobie i Polakom w roku 2017?

Jako prezydent mogę mieć też swoje prywatne życzenia. Chciałbym, by moja żona była ze mną szczęśliwa, by córka miała szczęśliwe życie. Jak każdy. I tego też wszystkim życzę. Natomiast przede wszystkim chciałbym, aby polskie sprawy dobrze szły. Byśmy je dobrze prowadzili, umieli zapobiegać niebezpieczeństwom. Byśmy umieli wykorzystać wszystkie okazje, by pchnąć sprawy naprzód. Moje marzenie jest takie, bym na koniec prezydentury mógł spojrzeć z satysfakcją i powiedzieć: poziom życia Polaków, poczucie jakości życia i godności się podniosły.

Serwis prezydent.pl używa plików cookies. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich użycie.